PL PL
Plaża, Xavier, kokosowy drink... masaż..... i... Mama Gwiazdka!

Z mojego życia wzięte... Napisałam to dla siebie, aby sobie poczytać gdy moje senmatowe dziecko już na studiach będzie, ale w sumie już teraz potrafię się z tego śmiać, choć zdecydowanie nie tęsknie do tamtych momentów. Tak więc drogie Panie... ciąża nie jest taka zła... później jest zdecydowanie bardziej... interesująco :)

"Time Management? A co ty #$#@$!?#  wiesz o time management?"  Autor: Beata Stawiarska

Jego śliczne, opalone, natłuszczone ciało powoli przesuwało się w moim kierunku. Leżąc na kwiecistym leżaku pod dorodną palmą podziwiałam bezkres jego ramion, rzeźbę mięśni brzucha  i głębokość jego spojrzenia, które zdawało się mówić  ‘jesteś piękna, chodź do mnie... wymasuję Ci szyję... a potem posprzątam łazienkę i kuchnie’.  Jego mięsiste, pulchne i  lekko rozchylone usta odsłaniały perliście białe zęby ... a kiedy pochylił się nad moją glową usłyszałam tylko szept:
- ‘ MAMO... gwiazdka....’ 
Mamo, gwiazdka???? Że co??? Czemu Xavier  mówi do mnie ‘mamo’? To go kręci, czy jak? I czemu teraz krzyczy to swoje ‘mamo... gwiazdka’? Słysze przecież wyraźnie jego krzyk... ‘mamo! Gwiazka!’
- Mamo... gwiazdka!!!!.....
Cholera!  Halo , tu ziemia.... wygląda na to, że leżak, palmę i Xaviera z tymi swoimi bezkresami ramion szlak trafil.... bo oto na horyzoncie, a dokładniej na mojej twarzy,  siadła moja córka, płacząca i najwyraźniej czymś wielce poruszona, bo po raz kolejny wykrzykująca to swoje ‘mamo, gwiazdka!’ w kółko i bez sensu....
Rzut oka na zegarek – 5:30 (rano!)... No dobra... dziecko....  o co chodzi z tą gwiazdką? Pół przytomna stawiam czoła wyzwaniu i cierpliwie, acz niewyraźnie, bo usta coś nie chcą jeszcze współpracować z mózgiem  pytam grzecznie:
- Kochanie... uspokój się i powiedz mamie jaka gwiazdka? O co chodzi z tą gwiazdką?
- Gwiazdka się zgubiła!!!! Nie ma gwiazdki! Była w łóżku i już jej nie ma! Chodź poszukać mojej gwiazdki!!!
AAAA..... trzeba było przewidzieć, że pozwalanie dziecku zasypiać z ukochaną 3 cm gwiazką-breloczkiem może się zakończyć zaginieńciem gwiazdki w akcji, a raczej w pościeli, pod materacem tudzież pod łóżkiem.... No i teraz nie da się po prostu nie rozpocząć akcji poszukiwawczej. No nie da się i już, bo trudno jest spać z wrzeszczącym dzieciakiem skaczącym po twarzy (próbowałam to wiem).
Zwlekam się z mojego cieplutkiego łóżka i w pełnej ciemności sunę do pokoju dziecka gdzie szukam i znajduję tą przeklętą gwiazkę w nadzieji, że jak się z tym uwinę to  jeszcze uda mi się wrócić w objęcia Xaviera.... Niestety moje dziecko uznało, że skoro gwiazka się znalazła to czas na zabawę z gwiazką i moje przekonywania, że gwiazdka chce jeszcze spać nie trafiają na podatny grunt. Dziecko jest już w pełni operacyjne. A to znaczy, że za chwilę zaczną się ‘requesty’ :  kupa, jedzienie, picie, world peace itp.  A pierwszy i podstawowy to ‘mini-mini’!
Niestety... cholerne mini-mini jest operacyjne od 6 rano, wiec mam całe 25 minut do zagospodarowania.  Moja propozycja z misiem na DVD chwyciła, więc cała szczęśliwa wrzuciwszy płytę do odtwarzacza rzucam się na kanapę i naciągam na głowę koc. Sygnały pod tytułem jeść i pić ignoruję udając, że śpię... Niestety sygnału kupa lepiej nie ignorować (bogata w to doświadczenie wiem czym to grozi), więc zwlekam się w poszukiwaniu nocnika, na którym jest nadzieja, że córka z 20 minut posiedzi... bo lubi sobie na nim siedzieć.... a ja w tym czasie w objęcia Xaviera.... no chyba, że smród mi nastrój romantyczny zburzy...
I stało się.... już po nastroju.... Kupa gigant.  Szukam tego drwala, co to popełnił tą kupę z niedowierzaniem patrząc na swoje dziecko,  że do takiego czegoś jest zdolne.... No coż ... widocznie ma to po tatusiu...
6:55.... I tak trzeba wstać, więc wstaję. Lekarstwo podaję, 20 minut trzeba odczekać z jedzeniem, więc ewentualnych requestów  pod tytułem ‘jeść, pić’  unikam biorąc prysznic i zagłuszam suszarką.
7:20 – płatki z deserkiem owocowym RAZ.  Woda z butelki żółtej, tylko tej z dziubkiem! – DWA. Może to zje i nie trzeba będzie kaszy kukurydzianej gotować (to dodatkowe 4 minuty straty).  Sukces, bo je...
7:30 – KAWA! Chcę kawy... robię kawę.... mam kawę... tylko teraz potrzebuje 3 minuty, żeby ją wypić.... UUAAAA ... udało się... czuję delikatne kopnięcie kofeinki po żyłach... ale dobrze....
7:35 – Trzeba znaleźć coś co się nadaje do ubrania i ubrać dziecko... oraz siebie. Ale najpierw dziecko, bo się znowu spocę jak będę uprawiała ubieranie w ruchu/biegu/płaczu.  Szybkie nurkowanie w szafie.. Nie ważne, że czerwona bluza trochę nie  pasuje do różowych spodenek.... Dopóki córka będzie tolerować wszelakie kombinacje kolorystyczne to ja nie zamierzam sobie utrudniać.  Nie ważne, że inni rodzice patrzą na mnie jak na awangardową artystkę. Czerwone do różowego? Nie ma sprawy.  Letnia spódniczka do spodni zimowych? Proszę bardzo.  Kalosze w słoneczny dzień?  Z przyjemnością. W końcu to też buty.  Więc siedzę na kanapie nago  i wciskam na dziecko te niewciskalne rajstopki  (kto to produkuje???? I czy kiedykolwiek miał dziecko???) i naciągam tą czerwoną bluzę jednocześnie zagadując o życiu, żeby broń Boże nie było protestu kolorystycznego. Udało sie.  Teraz ja... czyli zestaw numer 2 – spodnie, bluzka koszulowa, skarpety rajstopowe antygwałty (jakby mnie w nich Xavier broń Boże zobaczył..).  Mam całe 3 minuty rezerwy czasowej na makijaż... Szaleństwo, może nawet oko uda mi sie pomalować (jedno).
8:08 – Nodi jest ostatni. Nodi się kończy w mini-mini i to znak, że przenosimy centrum zmagań do przedpokoju gdzie ubieramy buty, kurtki, czapki itp. utrudniacze. Dlaczego nie mieszkam w ciepłym kraju? Byłyby całe 4 minuty oszczędzości....  Nagle....
8:14 – Mamo siku!!!
No nie..... siku na ścieżce krytycznej?  Ostatniej rzeczy, którą teraz potrzebuję to siku na ścieżce krytycznej.... Trudno... co zrobić.. Nocnik ląduje  w przedpokoju i czynimy powinność.  Nie ważne, że trzeba rozebrać w boju ubrane spodnie narciarskie wraz z kurtką, bo w końcu mróz jak cholera.  4 minuty w plecy.
8:22 – W końcu jesteśmy gotowi – ja, córka, świnka imieniem ‘szlaczek’, żabka ‘fabka’ oraz metrowej wysokości, dmuchany, niebieski Tinki – Winki, bo bez niego nie można jechać samochodem przecież. Do tego worek z ubraniami na zmianę, woda w żółtej butelce do picia ... no i niestety... nie ma piątej ręki, żeby worek na śmieci zagospodarować. Trudno, będzie śmierdziało w domu. Ludzie w Afryce mają gorzej.  Idziemy do windy!

8:25 – Zajmujemy miejca w samochodzie. Córka ląduje w foteliku, Tinki-Winki obok musi siedzieć koniecznie zapięty w pasy.  Dobrze, że dmuchane, niebieskie Tinki-Winki nie potrzebują fotelika.  Ja za kierownicą i udało sie.... jedziemy....
8:35 – Polowanie na miejsce parkingowe przy przedszkolu. Parkowanie freestylem między samochodami.  ‘Szybciutko kochanie, wysiadamy bo mamusia zaparkowała krzywo!’ Slalomem przez psie kupy i lądujemy na chodniku, którym już bezpiecznie można biec do przedszkola.  Kątem oka widzę, że moje dziecko jakoś dziwnie chodzi.... hmmm....
Patrzę, a tu lewy but na prawą nogę a prawy na lewą założony... Bliska płaczu pytam ‘Kochanie, nie ciśnie Cię?’
- Nie,  mamusiu, daje radę....
Kochany dzieciak... Jestem wzruszona tak wysoką tolerancją na moje błędy....

Polecamy
Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką dotyczącą cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.
Zamknij
pixel